Login to your account

Login *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz swoje konto

Pola oznaczone * są obowiązkowe..
Imię i nazwisko *
Login *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Antyspam *

    Ambona młodych

    To miejsce czeka na Ciebie! Zarejestruj się i bądź prawdziwym redaktorem :-)
    Stwórz swój profil i umieszczaj na nim artykuły w czterech kategoriach: Oto Ja; Kościół; Świat; Rodzina.
    Podziel się swoim zdaniem z innymi!

    O schabowym i trochę o ŚDM

    okladka3

    Przygodę z krakowskimi ŚDM rozpocząłem w lipcu 2013 roku. Niemalże beztrosko korzystałem z uroków studenckich wakacji, mając co prawda w tyle głowy wrześniowe poprawki, ale potrafiąc się zdystansować do tej sytuacji. Podczas jednego z upalnych, letnich dni, leżąc na kanapie (sic!) przed telewizorem, czyli w swoim naturalnym wtedy środowisku, usłyszałem wiadomość, że za trzy lata w Krakowie odbędą się ŚDM. Wśród znajomych euforia, w mediach trąbią, że przyjedzie papież, a w mojej głowie szybka kalkulacja i jedna myśl: chór. Doliczyłem się, że jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, studia skończę w czerwcu 2016 roku, a mając w głowie ogólny plan Krakowa bystro spostrzegłem, że wszystko może odbyć się na Błoniach. Czy można wymarzyć sobie piękniejsze ukoronowanie czasów studenckich, niż największe na świecie święto z milionami młodych ludzi z całego świata i to w dodatku pod domem, na podwórku? No chyba nie. Pewny byłem za to, że jeśli prześpię zapisy do chóru, to będzie to gorsze niż koniec świata. Pamiętam jak w trakcie pobytu w Anglii, tym razem podczas pracy wakacyjnej, wypełniałem w szatni dla pracowników zakładu do przerobu drobiu, formularz zgłoszeniowy. Przez moją rozczochraną głowę przebiegła wtedy myśl, że może nie pójść tak łatwo jak się spodziewałem, zwłaszcza, że wykształceniem muzycznym nie grzeszę (no dobra, nie mam go wcale), a był to jeden z wymogów podczas rekrutacji do chóru. Ostatecznie zwyciężyła jednak optymistyczna myśl: „Kto by to sprawdzał, mnie nie wezmą?!". Brutalna prawda miała przyjść mniej więcej dwa miesiące później. Wszyscy znajomi, którzy tak jak ja wysłali zgłoszenie do składu wykonawczego, otrzymali radosny list z zaproszeniem na przesłuchania. W mojej skrzynce pocztowej cisza. Po wysłaniu maila z ponagleniem otrzymałem dość enigmatyczną odpowiedź, że „zgłoszenia są cały czas rozpatrywane". To nie wróżyło nic dobrego. Po kilku dniach dotarł do mnie najbardziej przykry list. Fragmentu „…nie zostali Państwo zakwalifikowani do składu wykonawczego…" nie zapomnę chyba nigdy. Jako, że nie mam w zwyczaju poddawać się tak łatwo, zwłaszcza, jeśli zależy mi na czymś najbardziej na świecie, postanowiłem, że skoro nie chcą mnie wpuścić do chóru drzwiami, to wejdę przez okno. Znając więc miejsce i termin przesłuchań pognałem na Kanoniczą w Krakowie, gdzie miały się one odbyć. Rozmowa z przedstawicielką Komitetu Organizacyjnego nie przyniosła niestety efektu – to byłoby nie w porządku wobec innych, którzy też się nie dostali. Przecież wiadomo, że każdy chciał śpiewać. Teraz doskonale to rozumiem, wtedy niezupełnie.

     Przez kolejne trzy miesiące (jesteśmy pod koniec roku 2015) nie mogłem patrzeć na nic, co było związane z ŚDM. Wszędzie wisiały banery, w telewizji i w internecie emitowano spoty promujące, na każdej Mszy Świętej dla studentów modliliśmy się w intencji tych wydarzeń. Niby chciałem w nich uczestniczyć jako wolontariusz, może w jakiejś innej formie, oczywiście chciałem, żeby wszystko było dobrze zorganizowane, ale w głowie cały czas grało mi zdanie: „Jak mnie Panie Boże nie chcesz na Światowych Dniach Młodzieży, to nie!". Pogodzony z porażką, starałem się po prostu uciekać od tego tematu, żeby się bardziej nie nakręcać. Taki stan rzeczy utrzymywał się do grudnia. Wtedy też dotarła do mnie wiadomość, że prowadzony jest dodatkowy nabór do chóru. Muszę przyznać, że tym razem poszło gładko. Lekko przypudrowane muzyczne CV wysłałem jeszcze tego samego dnia. Potem przesłuchanie, a dokładnie 19 lutego 2016 roku, zaraz po śniadaniu, pojawił się mail informujący o tym, że zapraszają mnie do Chóru Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016. Doskonale znam uczucie zdania egzaminu w terminie późniejszym niż trzeci – to uczucie było takie samo, tylko jakieś 500 razy mocniejsze. Radości nie było końca. Martwiłem się tylko, żeby mnie nie wyrzucili za brak znajomości nut. Całe szczęście tak się nie stało.



    Potem przyszły pierwsze próby, nowe znajomości, ważne wydarzenia. Tak bardzo znane chórzystom smutne poniedziałki – czas po fantastycznych weekendach spędzonych w auli świętego Jana Pawła II w krakowskich Łagiewnikach, gdzie kwitł i dojrzewał Chór ŚDM. W końcu nastał lipiec i całodniowe próby przed Wydarzeniami Centralnymi. Dzień rozpoczynał się Mszą Świętą, po czym udawaliśmy się do Filharmonii Krakowskiej, gdzie doskonaliliśmy repertuar. Można powiedzieć, że praktycznie tam mieszkaliśmy. Nigdy nie zapomnę, jak zajadałem schabowego z ziemniakami i surówką, siedząc w loży dyrektorskiej, podczas gdy na scenie ponad osiemdziesięcioosobowa orkiestra pod batutą Adama Sztaby grała jakiś utwór Bacha. Czas ŚDM w Krakowie był zdecydowanie najwspanialszym tygodniem mojego życia. Gdyby chcieć zebrać wszystkie opowieści i historie, jakie przeżywaliśmy jako chórzyści, trzeba by napisać ze cztery grube książki. Fakt, że tego wszystkiego doświadczaliśmy od kuchni, tylko potęgował te pozytywne wrażenia.

    Niestety, tak jak prawie wszystko na świecie ŚDM skończyły się, a w głowie dwudziestopięcioletniego bezrobotnego inżyniera geodezji powstało na pozór banalne, ale w swojej prostocie zwycięskie w plebiscycie najtrudniejszych pytań 2016 – co dały mi Światowe Dni Młodzieży? W głowie zupełna pustka. Naprawdę, pierwszym słowem, jakie przychodziło mi do głowy było „nic". Nie przeżyłem wstrząsu, radykalnego nawrócenia. Nie doznałem objawienia, a nawet przez myśl nie przeszło mi, że przecież uczestniczyłem w największych rekolekcjach świata! Zatem: po co to wszystko było? No ok, myślałem, poznałem super ludzi, ale tylko tyle?! Sęk w tym, że ŚDM dały mi właśnie aż ludzi. Te ponad 400 osób z Chóru, Orkiestry i całego zaplecza muzycznego, pomimo naprawdę wielu przeciwności, współpracowało ze sobą, jak najlepiej naoliwiona maszyna w historii techniki. Była to kwintesencja tego, co takie wspólnoty powinny brać jako główny motyw działania, czyli służba innym. Byliśmy tam narzędziem, dzięki któremu pielgrzymi z różnych zakątków globu mogli przeżywać ŚDM w sposób pełny, maksymalnie pobożny i piękny. Nikt ze znanych mi osób nie doznał w trakcie ŚDM jakichś mistycznych, czy duchowych uniesień. Nie mówię tu oczywiście o uczestniczeniu we Mszy Świętej, to zawsze jest szczyt życia chrześcijanina tu na ziemi. Chodzi mi raczej o to, że mieliśmy do wykonania proste zadanie i było ono wtedy dla nas priorytetem. ŚDM jako służba w przybliżaniu innych do Pana Boga. Jestem zupełnie przekonany, co do tego, że jeśli chociaż jedna spośród trzech milionów osób będących pod koniec lipca w Krakowie, przeżyła coś, co ruszyło jej ducha, to wykonaliśmy to zadanie najlepiej na świecie.

    Owoce, jakie przyniosły ŚDM są wspaniałe i bezsprzecznie pokazują jak relacje budowane w chórze zmieniają życie członków zespołu. Jesteśmy już po pierwszym ślubie chórowej pary, a z tego co wiem, szykują się dwa kolejne. Słyszałem też o powołaniach do stanu duchownego. Byliśmy, a spokojnie mogę powiedzieć, że wciąż jesteśmy jak rodzina. Powstało mnóstwo przyjaźni i znajomości, które mam nadzieję będą rodziły na ten świat same dobre rzeczy. Dla mnie osobiście ŚDM były ewenementem. Chociaż bardzo się wysilam i próbuję znaleźć choćby jedno przykre wspomnienie, to nawet te najgorsze wydają się być najwspanialszymi przygodami życia. Mimo, że uczestniczyłem w tych wydarzeniach jako chórzysta, przez cały ten czas ani na moment nie pomyślałem o spełnianiu swoich muzycznych ambicji. Teraz wiem, że jeśli chodzi o muzykę osiągnąłem wszystko. Mam oczywiście jakieś tam marzenia, ale wiem, że nic mnie już nie zaskoczy, nic nie przebije tego, co było na ŚDM. Nawet jako osoba mało emocjonalna, bardzo rzadko oglądam nagrania z Światowych Dni Młodzieży, bo szybko się przy tym wzruszam. To chyba najdobitniej świadczy o tym jak nieprawdopodobny był to dla mnie czas. A teraz co, Panama…?



    Wojtek Rak

    Świadectwo ukazało się w kwietniowym numerze miesięcznika "Wzrastanie"

    Oceń ten wpis:
    Ewangelizacja na Juwenaliach 2018
    Dam sobie radę

    Related Posts

     

    Komentarze

    Brak komentarzy
    Already Registered? Login Here
    Gość
    piątek, 19, październik 2018
    If you'd like to register, please fill in the username, password and name fields.