Login to your account

Login *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz swoje konto

Pola oznaczone * są obowiązkowe..
Imię i nazwisko *
Login *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Antyspam *

    Ambona młodych

    To miejsce czeka na Ciebie! Zarejestruj się i bądź prawdziwym redaktorem :-)
    Stwórz swój profil i umieszczaj na nim artykuły w czterech kategoriach: Oto Ja; Kościół; Świat; Rodzina.
    Podziel się swoim zdaniem z innymi!

    WIARA – TRUDEM CZY – CUDEM?

    girl-1828079

    Wiara, nadzieja i miłość to trzy cnoty Boskie, które są z Nim powiązane w sposób bezpośredni, z jednej strony określając Boga, a z drugiej strony ukazując człowiekowi ścieżkę do życia w harmonii z Trójcą Świętą. A gdyby tak każda z tych cnót stała się osobą? Wtedy zauważyłbyś, że wiara jest Twoją nieustanną towarzyszką życia i jeśli ona spowalnia, stoi w miejscu, czy nawet zanika, to odzwierciedla się to w Twoim codziennym funkcjonowaniu, a najkrócej mówiąc – w Twoim człowieczeństwie.

    Ścieżka mojej wiary wiedzie przez Ruch Światło-Życie, młodzieżową wspólnotę modlitewno-ewangelizacyjną, duszpasterstwo akademickie i spotkania ze wspólnotą z Taize, a obecnie kształtuje się ona na Drodze we wspólnocie neokatechumenalnej. Całe to moje doświadczenie różnorodności Kościoła mogłabym podsumować dobrze znanym powiedzeniem: „nigdy nie mów nigdy".

    Jestem z reguły dość upartą osobą, zarówno w kontaktach z ludźmi, jak i w swoich postanowieniach. Wysłuchania katechez neokatechumenalnych przed formowaniem się wspólnoty próbowałam kilka razy w różnych parafiach. Niestety była to dla mnie droga nie do przejścia. Chciałam tam doświadczyć miłości Boga, usłyszeć o jej pięknie, a tymczasem za każdym razem wychodząc z katechezy czułam smutek, przygnębienie, obciążenie trudnymi świadectwami życia katechistów. Nie byłam w stanie tego przejść. Pewnego dnia postanowiłam: „Mogę być w każdej wspólnocie, ale nigdy nie wejdę do wspólnoty neokatechumenalnej. Nie i koniec." Jednak Pan Bóg zechciał inaczej, a ja potrzebowałam długiego czasu, by pozwolić Mu na przełamanie mojego serca, upartości, zawziętości i odrzucenie życiowego postanowienia.

    Pierwsze „wołanie" o wejście na Drogę usłyszałam od swojego byłego spowiednika, który był mocno związany ze wspólnotą neokatechumenalną i wtedy od około roku był wędrownym katechistą Drogi neokatechumenalnej. Dostałam od niego smsa, że chce mi powiedzieć coś ważnego odnośnie moich życiowych trudności, ale wymaga to modlitwy również z mojej strony. Po niedługim czasie udało nam się spotkać. Usłyszałam wtedy, że Pan Bóg dał mu światło na moje życie i chce mnie zaprosić do wspólnoty neokatechumenalnej. Dla mnie było to absurdem. Był we mnie ogromny bunt na to słowo i stwierdziłam, że jest oczywiste to, iż kapłan związany z daną wspólnotą chce mnie najzwyczajniej do niej przyciągnąć. Kiedy nasze spotkanie dobiegało końca kapłan ten wypowiedział słowa, które głęboko zapadły w moje serce: „Marzena, nieważne ile czasu minie – 2 lata, 5 lat, 10 lat… – ty i tak będziesz we wspólnocie neokatechumenalnej, bo to nie są moje słowa." Pozostawiłam to wezwanie idąc dalej własną drogą.

    Drugie wyraźne zaproszenie do wejścia na Drogę dostałam podczas jednej w wizyt duszpasterskich, kiedy to kapłan odwiedzający nasz dom nie mówił o niczym innym, jak tylko o neokatechumenacie i bardzo znacząco próbował dać mi do zrozumienia, że to moje miejsce. Oczywiście po raz kolejny oponowałam i wobec wewnętrznego buntu, szybko odrzuciłam myśl o wspólnocie neokatechumenalnej.

    Trzecie wezwanie przyszło od mojego byłego kierownika duchowego (również spowiednika), który na tamten moment nie był związany z Drogą. Kapłan ten nie wiedział także o dwóch poprzednich wydarzeniach. Wydawało mi się, że nie były one na tyle istotne, by o nich mówić. W końcu do tamtej pory nic nie wniosły w moje życie. To wezwanie stało się dla mnie zbyt mocne, by przejść obojętnie. Zaczęłam się zastanawiać, rozważać, modlić się, by móc odejść od swoich przekonań, postanowień, projekcji i wejść na drogę woli Boga. To była bardzo trudna decyzja, z którą niesamowicie się zmagałam i do której wracam kiedy przychodzą trudności i kryzysy, ale stała się decyzją cudowną, bo zaowocowała ona o ten sposób, że Pan daje mi Swoje Słowo i światło na moje życie i życie osób, które w danej chwili czy sytuacji potrzebują Jego wskazówki.

    Pan pociąga moje serce do rzeczy, które nie byłyby realne bez pragnienia, jakie we mnie wlewa i uzdalnia do tego, by Jego dzieła zostały wypełnione. Będąc na studiach w Danii, przed oddaniem pracy semestralnej, kiedy nagle wszystko zaczęło się walić, a czasu było bardzo niewiele, otrzymałam wraz z moją przyjaciółką Słowo z Pierwszej Księgi Kronik: „I rzekł Dawid do swego syna, Salomona: Bądź mocny i dzielny, a wykonaj to! Nie bój się i nie przerażaj, bo Pan Bóg, mój Bóg, będzie z tobą, a nie opuści cię ani nie zostawi, aż będą wykonane wszelkie prace dla obsługi domu Pańskiego." [1 Krn 28, 20] Przekonałam się, że to Słowo nie było ważne tylko wtedy, lecz stało się Słowem wciąż aktualnym na drodze mojego życia.

    Pan Bóg nieustannie czyni cuda w moim życiu – te niezauważalne, te małe i te na tak zwaną większą skalę. Jednym z tych cudów widzialnych nie tylko przez mnie, było doświadczenie Światowych Dni Młodzieży. Kiedy tylko dowiedziałam się, że spotkanie z papieżem odbędzie się w Polsce, od razu poczułam pragnienie zaangażowania się w przygotowanie tego wielkiego, jednoczącego chrześcijan wydarzenia. I tak też się stało, choć nie było mi łatwo, gdyż pracowałam w pełnym wymiarze godzin, studiowałam dziennie i byłam koordynatorką ŚDM w swojej parafii. Ponadto współpracowałam z koordynatorem diecezjalnym, będąc również wolontariuszką w Archidiecezji Gdańskiej. Miałam mnóstwo obowiązków i przez te 1,5 roku przygotowań czasem doświadczałam zwątpienia czy kryzysu, ale widziałam też w tym wszystkim mocną rękę Boga i miałam pewność Jego błogosławieństwa.

    W tamtym okresie nadszedł czas wyboru tematu pracy magisterskiej. Temat, o którym wciąż myślałam, okazał się niemożliwy ze względu na brak dostępności materiałów do przeprowadzenia analizy. Pan Bóg postawił na mojej drodze wymarzonego promotora, który pomógł mi odkryć temat wprost idealny dla mnie. Podczas rozmowy zapytał mnie o to, czym zajmuję się w pracy i jakie zaobserwowałam tam procesy oraz o to, co jest moim zainteresowaniem poza pracą. Kiedy powiedziałam, że przy natłoku obowiązków, jakie mam w pracy i na studiach, nie mam żadnych zainteresowań, odpowiedział krótko: „Marzena, nie znamy się od dziś, bo przecież uczyłem cię też wcześniej i nie wierzę, że poza pracą i studiami nie robisz nic więcej. No to czym się zajmujesz tak dodatkowo?" Gdy przyznałam się do zaangażowania w Światowe Dni Młodzieży, okazało się, że był to strzał w dziesiątkę! Z jednej, krótkiej rozmowy z promotorem powstał temat mojej pracy magisterskiej: „Adaptacja koncepcji Lean Management w złożonych projektach na przykładzie organizacji Światowych Dni Młodzieży w Polsce.", do której, jako koordynatorka parafii i wolontariuszka diecezjalna, miałam wszelkie niezbędne materiały. I chociaż momentami bałam się obrony tego tematu ze względu na odniesienie do wydarzenia religijnego, to czułam niesamowite oparcie w moim promotorze i Boże prowadzenie.

    Kolejny cud zrodził się ze współpracy z koordynatorem diecezjalnym. Dzięki niej miałam okazję reprezentować diecezję podczas spotkań Krajowego Biura Organizacyjnego ŚDM, udzielać wywiadu do telewizji TRWAM, a także być przedstawicielką Archidiecezji Gdańskiej i przekazywać symbole Światowych Dni Młodzieży Panamczykom. To wszystko okazało się być doświadczeniem wykraczającym ponad moje najśmielsze oczekiwania czy marzenia.

    Po przekazaniu symboli ŚDM na Placu św. Piotra w Rzymie, podchodziliśmy do biskupów, którzy czekali, aby uścisnąć nam dłoń. Jeden z nich mocno mnie objął, uśmiechnął się i powiedział: „kocham cię". Kiedy spojrzałam mu w oczy, były pełne miłości i zrozumienia. Wzruszyłam się głęboko w sercu i poczułam, że te słowa nie pochodziły od niego, lecz były słowami samego Chrystusa, który mocno mnie przytulił do Swego serca. Tym wszystkim mogę zaświadczyć, że Pan Bóg JEST i DZIAŁA cuda w moim życiu!

    Byłam przekonana, że Rzym i przekazanie symboli ŚDM to moja ostatnia przygoda ze Światowymi Dniami Młodzieży, ponieważ Panama to zbyt wielka wyprawa i zbyt duży koszt. Jednak Pan Bóg nie przestał mnie zaskakiwać i wcale nie chcę, by przestał! Pewnego dnia pomyślałam sobie, że jeśli On mnie chce w Panamie, to byłabym w stanie poświęcić na ten wyjazd jedną wypłatę. To była bardzo luźna, niezobowiązująca myśl, która stała się realna i na chwilę obecną mogę Wam powiedzieć coś, w co chyba sama jeszcze do końca nie wierzę – DO ZOBACZENIA W PANAMIE!

    Kończąc swoją wypowiedź, chciałabym powrócić do pytania postawionego w temacie tego artykułu: „wiara – trudem czy wiara – cudem"? Wiara to przede wszystkim ufność Bogu. Jest ona cudem zawsze, gdyż jest łaską darmo nam daną. Może być trudem wtedy, gdy człowiek chce wierzyć po swojemu, z własnymi planami, projekcjami, oczekiwaniami, nie oddając Bogu swego życia i siebie całego w pełni. To Ty wybierasz jak wierzysz i czy ta wiara będzie dla Ciebie trudem czy największym cudem. 

    Oceń ten wpis:
    Moja przygoda misyjna
    Wierzę, więc działam
     

    Komentarze

    Brak komentarzy
    Already Registered? Login Here
    Gość
    niedziela, 19, sierpień 2018
    If you'd like to register, please fill in the username, password and name fields.