Login to your account

Login *
Hasło *
Zapamiętaj mnie

Stwórz swoje konto

Pola oznaczone * są obowiązkowe..
Imię i nazwisko *
Login *
Hasło *
Powtórz hasło *
Email *
Powtórz email *
Antyspam *

    Ambona młodych

    To miejsce czeka na Ciebie! Zarejestruj się i bądź prawdziwym redaktorem :-)
    Stwórz swój profil i umieszczaj na nim artykuły w czterech kategoriach: Oto Ja; Kościół; Świat; Rodzina.
    Podziel się swoim zdaniem z innymi!

    Uścisk miłości, za ciasne serce

    ikona-do-wpisw-wzrastani_20180212-141830_1


    Oratorium to niezwykłe miejsce. Beztrosko bawiące się dzieci,młodzież grająca w piłkę. Ten czas sprawia, że choć na chwilę zapominają o otaczającym ich świecie i problemach.

    Czas staje w miejscu.

     

    Czas spędzony tam to najpiękniejszy czas na misji. Dzieci i młodzież nie potrzebują wiele. Czasami wystarczy  tylko przy nich posiedzieć, przytulić. Po prostu z nimi być. Prowadzone przez nas zabawy sprawiają dzieciom ogromną frajdę. Wystarczy przywiązać do sznurka balon i zacząć z nim biec. Nim się obejrzymy, biegnie za nami gromadka dzieci. Największą radość sprawia im moment, kiedy balon pęka. Chwilę później siadam z nimi na ziemi i rozdaję kartki i kredki. To czas, kiedy mogą puścić wodze fantazji. W tym samym czasie Martyna bierze igłę i nitkę. Dzieci chętnie przychodzą, aby pozaszywać dziury i przymocować poodpruwane rękawki. To sprawia, że czują się zauważone. Co chwile zadziwia mnie ich niezwykła kreatywność w tworzeniu różnych zabawek. Skakanka zrobiona z kolorowych, plastikowych kółek od butelek. Samochód z drutu z kręcącymi się kółkami i układem hamulcowym. Najtrudniejsze są wieczorne rozstania. Dzieci kilkukrotnie do nas podchodzą, aby na nowo się przytulić i pożegnać. Nie chcą opuszczać tego miejsca. Miejsca, gdzie czują się bezpieczne i kochane.


    Agnieszka Malinowska
    wolontariuszka MWDB, pracowałą na misji w Zambii

    Artykuł ukazał się w lutowym numerze miesięcznika "Wzrastanie".


    Za ciasne serce

    Nigdy nie myślałam, że pojadę na misje. Naprawdę nigdy. Nigdy nie oglądałam wzruszających filmów o Afryce (chyba, że przyrodnicze i poruszało mnie piękno fauny i flory). Nigdy nie czytałam artykułów o nędzy i głodzie na Czarnym Lądzie.
    Nigdy nie wzruszały mnie takie historie…


    Zawsze wydawały mi się takie odległe. Zawsze sądziłam, że w Polsce też są biedne dzieci i tutaj powinno się pomagać, niekoniecznie wyjeżdżając na drugi koniec świata. Wcześniej nie rozumiałam tych wyjazdów misyjnych. To nie jest tak, że intensywnie się nad tym zastanawiałam, ale kiedy już o tym myślałam, to coś mi nie grało. Tak jakbym ułożyła puzzle składające się z tysiąca części, gdzie jeden przez przypadek jest włożony odwrotnie. Potem podziwiam moje dzieło i widzę, że coś nie pasuje. Tylko nie umiem zlokalizować, gdzie jest błąd. Jednak myśli nasze nie są myślami Najwyższego. Na szczęście! Gdy znalazłam się zeszłego lata na placówce sióstr salezjanek w Dilla, w Etiopii, w mojej głowie pojawiła się myśl w stylu „Jezu, co ja tutaj robię?". Nie dlatego, że dostałam jakąś bardzo ciężką pracę albo że nie lubiłam ludzi, z którymi tam pojechałam. Tylko ja nigdy nie czułam klimatu misji!
    Teraz już wiem, czemu tak było. Miałam za ciasne serce. Moje serce czasem nie było w stanie pomieścić moich najbliższych do kochania, a co dopiero dzieci z drugiego końca świata, których historie obijały mi się o uszy. Nie umiałam przejąć się, czy nawet zainteresować zdjęciem niedożywionego dziecka, bo miałam (i nadal
    mam) upośledzoną zdolność kochania. Wszystko zmieniło się, kiedy doświadczyłam na własnej skórze pracy misyjnej. Po tygodniu od naszego przyjazdu rozpoczęło się oratorium (rodzaj świetlicy dla dzieci). Przez kolejny miesiąc zajmowaliśmy się dziećmi. Mnie przypadła opieka nad tymi najmłodszymi – przedszkolakami,
    które dopiero uczyły się pisać literki. Nie mogę powiedzieć, że te dzieci wzięły szturmem moje serce. Nie, to raczej przypominało drążenie skały kroplą wody. Codziennie, gdy chciały, abym je podnosiła i przytulała. Kap, kap. Kiedy z zaciekawieniem dotykały moich włosów i zaplatały mi warkoczyki. Kap, kap. Kiedy siadały obok mnie i mówiły do mnie: kondzio (piękna). Kap, kap. Kiedy gładziłam je po ich małych buźkach i też im mówiłam, że są piękne. Kap, kap. Kiedy z mniejszymi lub większymi sukcesami uczyły się alfabetu. Kap, kap. Kiedy były niesforne, nie wykonywały moich poleceń i dzięki temu uczyły mnie cierpliwości. Kap, kap! Pan Bóg chciał posłużyć się ich małymi rączkami do rozszerzenia mojego serca, chociaż o milimetr. I wiecie co? Udało Mu się!


    Joanna Piotrowska
    wolontariuszka MWDB, pracowała na misji w Etiopii

    Artykuł ukazał się w lutowym numerze miesięcznika "Wzrastanie".

    Oceń ten wpis:
    Ruch Czystych Serc Łódź
    Życie z Jezusem, czyli wstydzić się czy nie?

    Related Posts

     

    Komentarze

    Brak komentarzy
    Already Registered? Login Here
    Gość
    niedziela, 23, wrzesień 2018
    If you'd like to register, please fill in the username, password and name fields.